poniedziałek, 10 października 2016

Pòniedzôłk




          Poniedziałek to dzień tygodnia następujący po niedzieli, pomiędzy niedzielą a wtorkiem. Według chrześcijan i żydów jest to drugi dzień tygodnia (jednak nie wszystkie mohery o tym wiedzą. Myślę, że nawet sam rycerz narodu Tadeusz R. tak nie uważa, chyba że na przekór). Jednak opierając się na danych statystycznych, jest to pierwszy dzień roboczy. Czyli pierwszy dzień w pracy, szkole lub pierwszy dzień zaczynający ponowne odliczanie do kolejnego sobotniego seksu z żoną, bo tak ustaliła/ustaliliście. Jest też pierwszy w linijce kalendarza  (jednak w ściennych-holenderskich pierwszym dniem jest niedziela, a niby tacy niewierzący Ci Holendrzy). A propo tego seksu, to jeden znany mi Holender powiedział któregoś razu, tak przy którymś tam już z kolei piwku, że jest wręcz zbulwersowany moim tokiem myślenia i definitywnie się ze mną nie zgadza.  A ja tylko mu szczerze odpowiedziałam (no bo jakby inaczej, a po alkoholu to już w ogóle ciężko jest skłamać) na takie pytanko (które zresztą sam zadał, to chyba liczył się z tym, że odpowiedź może być odmienna z jego poglądami ): "Ile kobieta, przebywająca w związku, chciałaby uprawiać (ten) seks w tygodniu i co/czym to jest dla niej". Ja (podkręcona tematem, który wyszedł z jego ust i podbita następną połówką promila we krwi) odpowiedziałam "Tyle ile się chce i oby jak najwięcej!". Ten poczerwieniał, zniesmaczył się z lekka i odpowiedział "Ach, oke". "A twoim zdaniem jak powinno być?". "Uważam, że raz-dwa razy w tygodniu jest wystarczające, bo w przeciwnym razie można się sobą wzajemnie znudzić, a druga sprawa, że w tygodniu naprawdę nie ma czasu na to, żeby się w pełni zrelaksować na takie tego typy rzeczy". "Ach, oke, współczuję ci".
          No ale zboczyłam z tematu, jak to u mnie bywa. Poniedziałek, poniedziałek! To przede wszystkim znienawidzony dzień przez 99,9% społeczeństwa. Nawet żule, bezrobotni i niepracujące matki z 500+  tak uważają. Dlaczego? No bo "fuck monday!". Każdy to wie, twarzo-książka aka Facebook wyświetla mi to co poniedziałek w postaci postów "Hello Monday! Be good to me!", "Zamienię poniedziałek na piątek" (it's so bad with yall life?!), "Jeszcze dobrze się nie zaczął, a już padam na pysk!" (na profilu niepracującej kobiety), "Znowu poniedziałek..." (znowu weekend - sobota, niedziela, wolne, chujowo, zajebiście, ale znowu to wolne...). Okey, ale poniedziałek to pierwszy dzień tygodnia, a debiutant nie zawsze wypada dobrze. 
          Drążąc temat chujowego poniedziałku to... Nie trudno się z tym trochę, choć odrobinkę, nie zgodzić, że jednak zawsze jest troszkę chujowy. Możliwość pocałowania sklepowej klamki (Holandia) "bo poniedziałek", miasto opowiadające jedną historię "oby do zamknięcia", rowery prowadzone przez matkę z dwójką dzieci (plus jedno dziecko na swoim rowerze, bo przecież już ma 3 latka). Poniedziałek to dzień tygodnia, który mamy też dziś. Nie poszłam dziś do pracy, zakupy zrobiłam jak zwykle. Zapaliłam sobie do utworu Podsiadły "W dobrą stronę" i tak poszłam w tę dobrą stronę, zależy jak patrzeć. Bo przecież zawsze trzeba znaleźć jakąś równowagę, dysonans, ten interwał preferowany. Poprałam też sobie, umyłam się (ale to wcześniej, wcześniej. Nie to, że do czternastej dzień dziecka miałam czy coś...). A jeszcze raz wypadałoby się umyć, bo przecież jutro do pracy... Powalczyłam później z pająkami na podwórku, bo Podsiadło śpiewał, że "tę wojnę wygra tylko jeden" (jedna ja, a pająków mnóstwo, wiadomo kto wygra - tak myślałam). Przez chwilę walczyłam, walczyłam, ale byłam zmuszona się poddać. Sieć pajęcza zaplątała mi się we włosy, a dopiero co je wysuszyłam i było ich "dużo" (to znaczy włosów, bo była "ta objętość"), a nie pająków we włosach i poza nimi (włosami) gdzieś w oddali lub na pobliskim płocie, krzaku. Ale ważne jest to, że pomierzyłam pokoje, bo muszę kupić w końcu jakieś podłogi! Tyle już się naoglądałam tych wykładzin (odpadają, mam pieski), paneli, kafli i podobnych, że (albo!) jest ze mną coś nie tak, albo z tymi podłogami. Może zostawię beton + białe i szare ściany = tanio i nowocześnie. Prawie jak mieszkanie ze starego kontenera w NYC. Może tak zostawię, pomyślę. Beton jest całkiem spoko (latem chłodzi, zimą chłodzi - prawie jak Emu Australia w moich doświadczeniach), będę nowoczesna i jakże oszczędna, bo przecież mieszkam w Holandii, czas się zaadoptować.
          Poniedziałek chyli się ku końcowi, w oknach palą się świece. Tylko świece. Spontanicznie też jakieś małe lampeczki gdzieniegdzie. Energia jest droga, man. Pstryk, 10 centów ucieka, salon oświetlony cały wieczór to koszt 3 euro dziennie. Życie kosztuje, przeliczając każdą jego sekundę. W moim oknie pali się lampka nocna, podświetlając czerwone (tymczasowe) zasłony. Nie z oszczędności, a z braku zawieszonych żyrandoli (no nie podłącze tych kabelków) i żaluzji, które niecierpliwie czekają na ponowną próbę zawieszenia, bo takowa już była. Poczekają se jeszcze, bo brak wiertarki i chłopa (ale bardziej to chyba jednak mi tej wiertarki brak). Ciekawe co myślą przechodnie, kiedy mijają zasłony w kolorze płachty na byka przy holenderskiej ulicy... Dobrze, że latarnia stoi obok sąsiadów. Dobranoc, jutro wtorek. Bliżej do weekendu.


Klaudia Maria

2 komentarze:

  1. DonGuralesko-brudny algorytm tak a propo poniedziałków ^^
    https://g.co/kgs/I7XGGl

    OdpowiedzUsuń

"nie obrażam się na hejty jak na chmury za deszcz"
BISZ