sobota, 22 października 2016

Postępiątek



           Piątek – wieś, gmina, nazwa filmu, nazwisko, dzień tygodnia (przede wszystkim co nie – no nie, bo czemu faworyzować tak bardzo tą definicję słowa piątek). Na ogół kojarzony jako dzień kończący (tzn. zakańczający) mękę codziennego, rannego wstawania i początek weekendu (po godzinach popołudniowych – większość statystyk tak mówi co nie). Faworyt spośród całego roboczego tygodnia, również faworyt weekendu – zapowiada wspaniałe, pełne dwa dni wypoczynku. Tak w definicji zapowiada. Lubię obserwować, dowiadywać się, pogłębiać dotychczasową wiedzę. Czasami za dużo trashów wlatuje do mojej głowy, co zaczyna mnie rozpraszać. Najzwyczajniej, nadzwyczajnie, niepotrzebnie bałagani w mojej głowie.
          Spokój potrzebuje skupienia, a bałagan jest obecny w moim życiu od jakiegoś (dłuższego już) czasu. Bałagan już trochę opanowałam i nauczyłam się też jego reguł - uodporniłam się, w bałaganie trzeba się po prostu umieć odnaleźć. Bałagan jest a to w głowie, a to na stole, a to na podwórku. Podwórko jest miejscem, gdzie leżakuję na słońcu (częstszą opcją bywa podpijanie jakiegoś drina, w piątki oczywiście) i podlewam kwiatki, czasem pieski siku pójdą, jak już dłużej nie rezyduję w domu. Podwórko traktuję także jako osobny obszar w prawej półkuli mojego mózgu. Tam mam swoje Podwórko II. Tak nazwałam folder podwórka w mózgu. Najlepsze jest to, że prawa półkula mózgu odpowiada za wyobraźnię i kreatywność, intuicję oraz logikę i rozumienie. Moje podwórko składa się z tych pięciu czynników, sama otwieram jego bramy (od dawna odgradzam się od innych) i dokonuję selekcji. Odgradzam się, bo wyciągnęłam już pewne lekcje z życia. Brzmi to bardzo afektownie, a jak afektownie, to i wykwintnie. Trochę trzeba podnieść poziom.
          Tak patrzę teraz na definicję tych słów, a mianowicie słowa wykwintnie. Oczywistym jest, że znałam je od wielu lat oraz jego znaczenie. Od czasu do czasu używałam, choć nie jest ono jednym z najczęściej używanych słów w języku polskim. Bardzo je lubię, choć nie wymawiam na głos zbyt często (a nawet prawie w ogóle). Lubię się uczyć i wiedzieć więcej. Raffinato Maria. Zgud. Znajdź w końcu ten czas Marija always good. Zaskakuje mnie, to znaczy powoli przyswajam, że nawet do znalezienia czasu trzeba czasem dojrzeć – przemyśleć, przeżyć pewne „niewykorzystania czasu”. Zapewne nie wszyscy oczywiście, te wybitne jednostki, potrzebują takich wskazówek, lekcji, nauczek. Jednak nie wszyscy przeżywają to samo. Jakby traktować wszystko serio, to... Nie fajnie tak, nie lubię. Chcę mieć wybór, swobodę, poczucie wolności. W każdej chwili. Mam ją zawsze w sobie, to fakt, ale czasem trochę stłumioną. Muszę jej przekazać małe wake up od samej siebie, gdy to piszę. Bo wiem, że mogę więcej. Więcej good, więcej wolności.
          Czasem czas (zabieg celowy) rozchodzi się na tysiące labiryntów i miliony spraw. Raz kozie śmierć, ryzyk fizyk, itepe., mam ochotę spróbować tego, czego od dawna i chyba tak naprawdę nigdy nie poznałam. A to oznacza, że nie wiem czego chcę spróbować, jeśli wcześniej tego nie przeżyłam. Jak zwykle za dużo analizuję, trzymajmy się poprzedniego zdania (tego przed filozoficzną rozkminą). Elo Piątek, Piąteczek, Piątunio.



Dar
Dzień taki szczęśliwy.
Mgła opadła wcześnie, pracowałem w ogrodzie.
Kolibry przystawały nad kwiatem kaprifolium.
Nie było na ziemi rzeczy, którą chciałbym mieć.
Nie znałem nikogo, komu warto byłoby zazdrościć.
Co przydarzyło się złego, zapomniałem.
Nie wstydziłem się myśleć, że byłem kim jestem.
Nie czułem w ciele żadnego bólu.
Prostując się, widziałem niebieskie morze i żagle.

Czesław Miłosz






dziękuję, kmzgud

czwartek, 20 października 2016

Jeszcze 10 czwartków











Wierę, najpirwej dziatkom godzi się poćciwość,
Jako z ni jest żywota wszelaka szczęśliwość,
Wżdy się to w wirszu snadnie można pokazować,
Iżby się rodzicielskim słowiem nie sprzeciwiać.
Rzekła matka Anusie, by róż nie ruchała,
Aleć rozważne mowy Anuś nie słuchała;
Nizacz to wszystko maiąc, naprzeciw przestrodze,
O kolec się ukłuwszy, zapłakała srodze.


Mikołaj Rej


           Wszyscy (czasami) jesteśmy Anusiami. Anusie są płci żeńskiej, jak i męskiej. Matki również. A mama przecież mówiła, powtarzała, przestrzegała... Andzia wtedy się buntowała. „Nie posłucham się mamy, zrobię po swojemu” Róże przyniósł, przyjęła i ruchała. Kolec się w nią wkłuł, srodze zapłakała i potem żałowała. Taką historię o sobie powiedzieć może chyba każdy. I to nie tylko w dziedzinie wbicia kolca róży w dłoń. To powtarza się od wieków, dosłownie każdemu. W większym lub mniejszym natężeniu (dziś Światowy Dzień Statystyki). A czasami wystarczyłoby po prostu posłuchać mamy...

           Do końca roku pozostały tylko siedemdziesiąt dwa dni, w tym jeszcze dziesięć czwartków.

           No i takie zdanie na koniec – nie wszystko jest takie jak myślisz, że rozumiesz. Spójrz czasem w inny sposób, zaskocz siebie. Może ktoś inny też się dzięki temu uśmiechnie. Czasem word = fun.









.kmzgud

środa, 12 października 2016

Śr, Środa, dzień między wtorkiem a czwartkiem tj. 12 października 2016



          Poczułam jego ciepło i miękki dotyk. Położyłam dłoń na ramieniu. Mmm... Przyjemne uczucie. Uśmiech pojawił się na mojej twarzy. Sezon jesień 2016 uważam za otwarty. Wiatr w oczy, niczym plaskacz w mordę, przyodziany w słodki płaszczyk z kolekcji "Hi October. Be good to me" w kolorze brudny róż. Ja pierdole, znowu zimno. Szaliku, nie pomagasz.
          ON. Gorący strumień spływa po mej twarzy, wchodzi do oczu, uszu, delikatnie łaskocze mą szyję. Krople pewnie zatrzymują się we wklęśnięciach obojczyków, inne zaś swobodnie spływają wzdłuż linii dekoltu i biustu. Całe moje ciało pokryte jest tą falą. Zimno, ciepło, dreszcz, przyjemność, relaks. Zapach świeżości i pobudzenie zmysłów. To po prostu prysznic. Polecam codziennie. OFF.
          Jest taki znany utwór Lykke Li z tekstem "I, I follow. I follow you. Deep sea baby, I follow you". Fajny, lekki - taki do autka na zakupy, jak w radiu puszczą. Nie przypominam sobie, żebym go włączyła kiedykolwiek sama z siebie. Tym bardziej dzisiaj, ale jakoś weszła mi w głowę ta melodia, melodyjka. To siadam wygodnie z YouTubem, "oczy w ekran", włączyłam sobie tą słodką wokalistkę, a ona tam śpiewa, że "He's the rebel, I'm daughter waiting for you". Run wild, man. Ona jest true daughter i czeka na buntownika. Córka czekająca na rebela. Ludzie, oh my g.o.o.d.
          Środa - jest środkiem tygodnia (ach, to tajemnicze nazewnictwo dni tygodnia w j. polskim). Znane jest też ogólne powiedzenie "jeszcze tylko jutro i piątek!" lub słyszane często w moim środowisku "bijna weekend!". Ale środa to też (ależ przede wszystkim!) dzień Merkurego. Wiesz, że Budha był bogiem tej planety? Dawał ludziom szczęście i dobre żony. Może też mężów dobrych dawał... Ok, slow down, rozmarzyłam się. Jest obrazem dobra i pozytywnej energii. Więc proszę Cię, poczuj aurę Merkurego, środy, połowy tygodnia, zmęczenia, Budhy, zmiksuj to w jedność i poczuj przekaz tego hinduistycznego grubaska, który daje chill on i pozytywne działanie. Big up Budha! Środa to Twój dzień. Happy bday, na zdrowie Panie Nieśmiertelny Budha.
          Jest też taka miejscowość w Polsce o nazwie Środa Wielkopolska. Gdyby tak celebrować co tydzień tradycję i pochodzenie nazwy "miasta", Środa Wielkopolska byłaby pierwsza w Polsce jako miasto z wysokim wzkaźnikiem handlu monopolowego. Wyobraź sobie taki festyn we wsi z zespołem disco-polo na żywo, pajda ze smalcem i ogórkiem, piwo z nalewaka i wóda z gwinta. Kaszanka, kiełbasy, Grażynka, Damian, buzi, Olga z Przemasem, tego tamtego, Brajan z dziadkami, Ci też świętują. Bo cotygodniowe imieniny miasta wypada godnie świętować, to jak Wigilia, tylko bez barszczu, pierogów i prezentów. Taki cotygodniowy festyn w środku tygodnia. Bo w Polsce to do oporu. Albo i bez, oporów.
           Środa Popielcowa to pierwszy dzień Wielkiego Postu. Zwyczajem jest posypywanie głowy popiołem na znak pokuty. Moim zwyczajem jest just kiep do chińskiej filiżanki paląc co-środowego blanta. Środa Popielniczkowa.
          Nie no, środowy wymyślony dzień. A tak w ogóle to urodziłam się równo dwadzieścia dwa lata, jeden tydzień i jedną godzinę z hakiem TEMU. Tak tylko mówię, bo urodziłam się w środę. Środa to mój dzień, pomiędzy tygodniem a weekendem. 2w1 i szeroki obiektywizm. Po prostu pamietaj kto
       


          "Nuda pcha do bzdur. Ciemność, ciemność."
Całkiem, całkiem ta nowa, stara Chylińska. A skubana urodziła się w Niedzielę. Okej, jeszcze do niedzieli jest pół tygodnia. Obgadamy/obadamy tą sprawę.


Klaudia Maria Zgud

wtorek, 11 października 2016

Dzień Marsa



We „Wtorek”...
          Jak telewizor się zawiesił, to go odwrócili w drugą stronę by go już nie słuchać i nie oglądać. Polskie filmy uczą. Już pomijając to, że telewizor odwrócił się z powrotem w ich stronę (sam!!!), a oni w tym samym czasie rozpalali ognisko pośrodku łóżka (prawie jak w lesie). Wtorrrrrrrek! Och, co za entuzjazm ze mnie wyszedł. Ale proszę się nie martwić, on był tylko (i wyłącznie) jednorazowy. Entuzjazm, niestety nie wtorek.
          Takie oto właśnie te wtorki bywają. One tylko myślą, co by tu zrobić, żeby człowieka wkurwić. Jak takie chochliki, przybrane w ten swój charakterystyczny, bazyliszkowaty uśmieszek niczym Mefistofeles. Wtorki = chochliki. Ludzie też są w pewnym sensie takimi wtorkami.   
           Plastrem zakrywa swój „rebel look”. Buntownik z obory, przykleja go tylko wtedy, gdy czuje naprzeciw siebie osobnika silniejszego od niego. Czyli przez 90% czasu spędzanego wśród ludzi. Na ten plaster zakłada jeszcze maskę, ale tylko (albo i aż) w godzinach pracy, co wiążę się ze zwiększoną liczby ludzi wokół „Wtorka”. They're watching you. Po prostu nie można jechać aż tak po bandzie i ryzykować (czyli pokazać trochę prawdziwych emocji), więc... Ten cały „Wtorek” fałszywie spogląda w oczy drugiego „Wtorka”. On wciąż knuje w głowie swój niecny plan, jakby „to tak” się nie zamienić na miejsca. Odebrać, zabrać, zakosić, zaanektować, schwycić, zaiwanić, zajebać. Miejsce. Bo on chce się czuć wyżej. I wyżej. Ale nigdy nie pozna tego uczucia.
          Ale z chwilą spojrzenia „oko w oko”, na ustach pojawia mu się ignorujący uśmieszek, potakuje z pokorą, policzki mu różowieją, ale odchodzi z pokorą. Myślisz, że w zgodzie z samym sobą?

Nie pozna tego uczucia, bo nigdy nie jest w zgodzie ze samym sobą.


Klaudia Maria Zgud

poniedziałek, 10 października 2016

Pòniedzôłk




          Poniedziałek to dzień tygodnia następujący po niedzieli, pomiędzy niedzielą a wtorkiem. Według chrześcijan i żydów jest to drugi dzień tygodnia (jednak nie wszystkie mohery o tym wiedzą. Myślę, że nawet sam rycerz narodu Tadeusz R. tak nie uważa, chyba że na przekór). Jednak opierając się na danych statystycznych, jest to pierwszy dzień roboczy. Czyli pierwszy dzień w pracy, szkole lub pierwszy dzień zaczynający ponowne odliczanie do kolejnego sobotniego seksu z żoną, bo tak ustaliła/ustaliliście. Jest też pierwszy w linijce kalendarza  (jednak w ściennych-holenderskich pierwszym dniem jest niedziela, a niby tacy niewierzący Ci Holendrzy). A propo tego seksu, to jeden znany mi Holender powiedział któregoś razu, tak przy którymś tam już z kolei piwku, że jest wręcz zbulwersowany moim tokiem myślenia i definitywnie się ze mną nie zgadza.  A ja tylko mu szczerze odpowiedziałam (no bo jakby inaczej, a po alkoholu to już w ogóle ciężko jest skłamać) na takie pytanko (które zresztą sam zadał, to chyba liczył się z tym, że odpowiedź może być odmienna z jego poglądami ): "Ile kobieta, przebywająca w związku, chciałaby uprawiać (ten) seks w tygodniu i co/czym to jest dla niej". Ja (podkręcona tematem, który wyszedł z jego ust i podbita następną połówką promila we krwi) odpowiedziałam "Tyle ile się chce i oby jak najwięcej!". Ten poczerwieniał, zniesmaczył się z lekka i odpowiedział "Ach, oke". "A twoim zdaniem jak powinno być?". "Uważam, że raz-dwa razy w tygodniu jest wystarczające, bo w przeciwnym razie można się sobą wzajemnie znudzić, a druga sprawa, że w tygodniu naprawdę nie ma czasu na to, żeby się w pełni zrelaksować na takie tego typy rzeczy". "Ach, oke, współczuję ci".
          No ale zboczyłam z tematu, jak to u mnie bywa. Poniedziałek, poniedziałek! To przede wszystkim znienawidzony dzień przez 99,9% społeczeństwa. Nawet żule, bezrobotni i niepracujące matki z 500+  tak uważają. Dlaczego? No bo "fuck monday!". Każdy to wie, twarzo-książka aka Facebook wyświetla mi to co poniedziałek w postaci postów "Hello Monday! Be good to me!", "Zamienię poniedziałek na piątek" (it's so bad with yall life?!), "Jeszcze dobrze się nie zaczął, a już padam na pysk!" (na profilu niepracującej kobiety), "Znowu poniedziałek..." (znowu weekend - sobota, niedziela, wolne, chujowo, zajebiście, ale znowu to wolne...). Okey, ale poniedziałek to pierwszy dzień tygodnia, a debiutant nie zawsze wypada dobrze. 
          Drążąc temat chujowego poniedziałku to... Nie trudno się z tym trochę, choć odrobinkę, nie zgodzić, że jednak zawsze jest troszkę chujowy. Możliwość pocałowania sklepowej klamki (Holandia) "bo poniedziałek", miasto opowiadające jedną historię "oby do zamknięcia", rowery prowadzone przez matkę z dwójką dzieci (plus jedno dziecko na swoim rowerze, bo przecież już ma 3 latka). Poniedziałek to dzień tygodnia, który mamy też dziś. Nie poszłam dziś do pracy, zakupy zrobiłam jak zwykle. Zapaliłam sobie do utworu Podsiadły "W dobrą stronę" i tak poszłam w tę dobrą stronę, zależy jak patrzeć. Bo przecież zawsze trzeba znaleźć jakąś równowagę, dysonans, ten interwał preferowany. Poprałam też sobie, umyłam się (ale to wcześniej, wcześniej. Nie to, że do czternastej dzień dziecka miałam czy coś...). A jeszcze raz wypadałoby się umyć, bo przecież jutro do pracy... Powalczyłam później z pająkami na podwórku, bo Podsiadło śpiewał, że "tę wojnę wygra tylko jeden" (jedna ja, a pająków mnóstwo, wiadomo kto wygra - tak myślałam). Przez chwilę walczyłam, walczyłam, ale byłam zmuszona się poddać. Sieć pajęcza zaplątała mi się we włosy, a dopiero co je wysuszyłam i było ich "dużo" (to znaczy włosów, bo była "ta objętość"), a nie pająków we włosach i poza nimi (włosami) gdzieś w oddali lub na pobliskim płocie, krzaku. Ale ważne jest to, że pomierzyłam pokoje, bo muszę kupić w końcu jakieś podłogi! Tyle już się naoglądałam tych wykładzin (odpadają, mam pieski), paneli, kafli i podobnych, że (albo!) jest ze mną coś nie tak, albo z tymi podłogami. Może zostawię beton + białe i szare ściany = tanio i nowocześnie. Prawie jak mieszkanie ze starego kontenera w NYC. Może tak zostawię, pomyślę. Beton jest całkiem spoko (latem chłodzi, zimą chłodzi - prawie jak Emu Australia w moich doświadczeniach), będę nowoczesna i jakże oszczędna, bo przecież mieszkam w Holandii, czas się zaadoptować.
          Poniedziałek chyli się ku końcowi, w oknach palą się świece. Tylko świece. Spontanicznie też jakieś małe lampeczki gdzieniegdzie. Energia jest droga, man. Pstryk, 10 centów ucieka, salon oświetlony cały wieczór to koszt 3 euro dziennie. Życie kosztuje, przeliczając każdą jego sekundę. W moim oknie pali się lampka nocna, podświetlając czerwone (tymczasowe) zasłony. Nie z oszczędności, a z braku zawieszonych żyrandoli (no nie podłącze tych kabelków) i żaluzji, które niecierpliwie czekają na ponowną próbę zawieszenia, bo takowa już była. Poczekają se jeszcze, bo brak wiertarki i chłopa (ale bardziej to chyba jednak mi tej wiertarki brak). Ciekawe co myślą przechodnie, kiedy mijają zasłony w kolorze płachty na byka przy holenderskiej ulicy... Dobrze, że latarnia stoi obok sąsiadów. Dobranoc, jutro wtorek. Bliżej do weekendu.


Klaudia Maria